Jak nie dotknąłem historii.


Nie było żadnego albumu i niemal żadnych zdjęć. Jakby go nie było.

70 lat jak pstrykniecie palcami: "pstryk" - pierwszy haust powietrza noworodka nad Czeremoszem, "pstryk"- starszy pan umiera nad Bałtykiem. Pozostały strzępy opowieści i szara lastrykowa płyta na cmentarzu komunalnym w Redzie.

Właściwie nic wielkiego się nie wydarzyło, kiedy jednocześnie wydarzyło się wszystko. 

Nie znałem go, on nie znał mnie. W momencie moich narodzin był już całkowicie odseparowany (z własnego wyboru) od swojej najbliższej rodziny i najprawdopodobniej przed swoją śmiercią nie wiedział o moim istnieniu. 

Wiele lat minęło, zanim zobaczyłem, jak wyglądał. Zdjęć po moim dziadku niemal nie było. Szukałem ich tam, gdzie zdawało mi się, musiały być. Ale tam też najczęściej ich nie znajdowałem. Gubione podczas licznych przeprowadzek, celowo niszczone (także, a może zwłaszcza, przez dziadka Kola), wyrzucane, zapominane, stały się prawdziwymi białymi krukami rodzinnych archiwów. 

Trwalsze okazały się opowieści. Jego i o nim. Kosmyki wspomnień i anegdot splatały się latami w mojej głowie jak włókna liny, którą w końcu przywiązałem do cebra rzuconego do studni przeszłości, by z jej czeluści zaczerpnąć nieznane.

W 2022 roku dzięki stypendium dla twórców kultury, które otrzymuję z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, nadaję tej historii kształt, o jakim niedawno jeszcze nie myślałem - powieści graficznej. Po wielu latach przygody z poszukiwaniami rodzinnych historii sądziłem, że kiedyś wyjdzie z niej reportaż, ale życie zaskoczyło mnie szansą na zrobienie czegoś inaczej, spontanicznie.

Tworząc tę opowieść staram się nie napuszać, ale i jej nie banalizować. Trzymam się tego, co udało mi się ustalić, więc - poczynając od podstaw - bohaterem mojej powieści jest:

Mikołaj Jaskółowski (1911-1981)
Polak z nadania
galicyjski kresowiak z urodzenia
do pewnego momentu praktykujący katolik
kowal z wykształcenia i zawodu
skalnik i ślusarz z wyboru
rolnik i pszczelarz z zamiłowania
w wojsku (najprawdopodobniej) nie służył
więzień polityczny z przypadku i nieostrożności
surowy ojciec, niezbyt przykładny mąż, rozwodnik

Ot, taki wypisz wymaluj alla polacca przypadek etniczny o dużej dozie indywidualności, któremu brakowało do pełni obrazu sumiastego wąsa i zamiłowania do wódki, której nie cierpiał. I mimo braku tego, wspomnianego na końcu, atrybutu polskości, był właśnie polski na wskroś i jego dzieje to losy całego jego pokolenia. Odkrywałem je, czasem chciwie, czasem leniwie, przez wiele lat w archiwach w Polsce, w Ukrainie, w Niemczech. Korespondencyjnie, telefonicznie, na żywo w miejscowościach zachodniej Polski, w których po wojnie osiedlili się kresowiacy. 

Zawsze mnie ciekawiły opowieści o tym dziwnym świecie, z którego pochodził, a który znalazł się poza granicami Polski. Kiedy pierwszy raz pojechałem świadomie do Ukrainy szukając śladów po nim, wciągnęła mnie ta historia całą siłą wyobraźni. Czasem musiała ona zastępować to, co niemożliwe było do ustalenia w przekazach rodzinnych i w dokumentach.

Po latach poszukiwań stwierdzam, że niemożliwe jest dotknięcie historii takiej, jaką ona była. I to doświadczenie może być bardzo frustrujące. W większości miejsc i u większości osób, które zamierzałem odwiedzić, byłem za późno. Ostatnia osoba znająca dziadka jeszcze sprzed wojny zmarła 2 lata przed rozpoczęciem przeze mnie poszukiwań. Ci zaś, którzy mogli wiedzieć nieco więcej, nie zawsze chcieli mówić, zasłaniając się choćby niepamięcią. Szanowałem to, starając się, żeby porażki nie wpływały na moje dalsze działania. 

Poszukiwania rodzinne to żmudny proces, a do tego dość kosztowny i czasochłonny. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że w niektórych momentach z pewnością można było więcej i bardziej, ale zapewne właśnie wtedy zabrakło mi czasu, pomysłu i środków. Czasem problemy piętrzyły się w miejscach, po których się tego nie spodziewałem - w instytucjach powołanych do tego, żeby gromadzić i archiwizować dokumenty przeszłości, a potem je udostępniać. Ich arogancja i nieodpowiedzialność w materii im powierzonej wymagałaby osobnego komentarza, o który może się kiedyś pokuszę.

Natomiast starając się być  wdzięczny za to, co mnie spotkało i za to, co zostało mi oszczędzone, czuję się jakoś wyróżniony, że przeżyłem, i wciąż przeżywam, tak intensywną przygodę z człowiekiem i z historią, z której wyrosłem ja i całe pokolenia Polaków. Jest to opowieść z konieczności naznaczona dużą dozą  dramatem, opowieść o pokoleniu okaleczonym, z bliznami wojennymi, które nosiło niewyobrażalne cierpienie i traumy ludobójstwa, którego było świadkiem. W Polsce przez lata niewiele się o tym mówiło, a sami zainteresowani nie za bardzo wiedzieli jak sobie radzić z tym, co przeżyli. Świadomość społeczna była w tym temacie generalnie dość niska. A i nawet dzisiaj wiedza na temat psychicznych ran spowodowanych II wojną światową jest w polskim społeczeństwie tematem stosunkowo nieznanym. A przecież to, kim jesteśmy dzisiaj, w dużej mierze jest wypadkową tego, co w życiu przeżyli nasi dziadkowie i babcie. 

Boleśnie uświadamiam sobie ten fakt zwłaszcza dzisiaj, kiedy w Ukrainie, którą w poszukiwaniu śladów po swojej rodzinie odwiedzałem wiele razy, trwa wojna i codziennie rani nie tylko tych, którzy jej bezpośrednio doświadczają, ale też tych, którzy przyjdą po ocalałym wojennym pokoleniu - ich dzieci i wnuków. Mury zniszczone przez pocisk można odbudować stosunkowo łatwo. Mury, które wyrastają w okaleczonych umysłach, bez odpowiedniej pomocy, mogą stać długo i skutecznie bronić dostępu do autentycznego pogodzenia się ze swoją własną przeszłością.   



Moja babcia Wisia (kresowianka z Polesia) i dziadek Kolu po wojnie. Łambinowice.
 koniec lat 40. XX w.  






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ojciec

Okładka